Przez media i social media przetaczają się dyskusje dotyczące zadań domowych. Bitwa przeciwników i zwolenników ograniczyła się na razie do argumentów wśród co roztropniejszych rozmówców. Pozostali postanowili oddać hołd narodowej tradycji używając argumentów "ad personam" zwanych popularnie pyskówką.
Nie zawiódł mnie jak zwykle dyrektor Jarosław Pytlak, który z wrodzoną sobie wnikliwością zauważył w projekcie rozporządzenia brak zdefiniowania istotnych pojęć.
Jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach.
Nie przepadam za popcornem, więc wziąwszy słupki warzyw przyglądam się sytuacji.
Dlaczego tylko przyglądam?
Bo nikt mnie o zdanie nie pytał, a zadań domowych nie zadaję od prawie 15 lat.
Ponieważ zawsze starałam się zadawać z sensem, to przestałam, gdy uznałam, że to nie ma sensu.
Chcąc być uczciwą i uszanować pracę uczniów zawsze sprawdzałam i oceniałam każde zadanie, aby uczeń dostawał tzw feedback. To było mnóstwo roboty, choć robiłam to sporadycznie. Ale przy "nastu" klasach o liczbie uczniów powyżej 20 robiło się tego sporo. Matematyki nie oszukasz 
Zarażeni ocenozą uczniowie pod presją rodziców - kultystów średniej ocen - korzystali z polskiej kombinatoryki stosowanej 
Polega ona na tym, że:
- zadania dla ucznia odrabia rodzic, choć w większości przypadków nie ma takiej potrzeby
- uczeń ściąga od kolegi lub z internetu
- nie liczy się wiedza i umiejętności, tylko średnia ocen
- prawo autorskie jest mitem
- wszystkie zasoby edukacyjne były z rozwiązaniami na stronach typu zdaj.to itp
Zdarzało się, że miałam ciężkie przeprawy z rodzicami z powodu odrzucenia pracy, która ewidentnie była wykonana przez rodzica lub wynajętego zawodowca. Ceniłam te samodzielnie wykonane. To się bardzo nie podobało...
Pomimo korzystania z autorskich pomysłów i materiałów i tak nie mogłam być pewna, że to, co zrobione w domu, to samodzielna praca. Poza tym z przykrością zorientowałam się, że tylko nikły procent uczniów był zainteresowany feedbackiem.
Niektórzy nawet nie zauważyli moich dopisków na swoich pracach.
Efektem takiej postawy uczniów było to, że otrzymywałam fałszywe informacje o ich postępach. Stopnie z pracy na lekcji często były niespójne z tymi z pracy w domu.
Godziny pracy szły na marne - oni bez sensu przepisywali, ja bez sensu sprawdzałam. Powiedziałam sobie "dość!" 
Teraz więc nie robię klasycznych kartkówek, sprawdzianów i testów. Nie odpytuję przy tablicy. Stosuję inne metody pomiaru dydaktycznego. Oceniam na bieżąco podczas zajęć.
Okrzyknięta przez jednego z rodziców uczniów lewacką influencerką, postanowiłam zapytać o zdanie uczniów. W końcu temat jak najbardziej ich również dotyczy. Jak zareagowali na pomysł ministerstwa już wiecie 


