19 listopada 2023

Mocz, krew i łzy, czyli rzecz o zdrowiu


 Lubię wiedzieć jak coś działa, dlaczego, jakie są przyczyny i skutki różnych zdarzeń. Oglądam więc programy techniczne typu "Jak to jest zrobione?", "Jak to działa?", "Seconds form disaster" czy "Katastrofa w przestworzach". 

Kiedy oglądałam sezon ostatniej z wymienionych produkcji zauważyłam, że NTSB robi coś zupełnie odwrotnego niż jest w Polsce w zwyczaju. Otóż gdy zdarzy się katastrofa szuka się jej przyczyn, wyciąga wnioski, poprawia lub ustala nowe procedury, by zapobiegać tragediom w przyszłości. Nie szuka się na siłę winnych i nie zrzuca jej na pilotów przeznaczając cały budżet i wysiłek jedynie na ukaranie kogoś. Jeżeli pracownicy popełnili błąd, bo byli zmęczeni, niewyspani lub niedoszkoleni, to naganę dostaje firma, która doprowadziła ich do tego stanu.
Polska oświata już jest tragedią, ale nie szuka się przyczyn i sposobów zapobieżenia katastrofie. Przeglądając podrzucane przez algorytmy artykuły i powiadomienia odnoszę wrażenie, że cokolwiek by się wydarzyło winni zawsze są nauczyciele 😜
Ostatnia fala hejtu wzbierająca dzięki działalności edukacyjnych utopistów, pajdokratów, patocelebrytów oświatowych robiących "karierę" i sprzedających swoje książki czy usługi dzięki podjudzaniu, uświadomiła mi jak daleko w naszym społeczeństwie do takiej postawy, jaką pokazuje się w tym programie. 
Nawet państwowy organ - NIK- opublikowała fałszywy w swej wymowie, żałosny w metodologii i wysoce szkodliwy raport, który skrytykowali już eksperci. Fanatyczni obrońcy praw ucznia i głosiciele opresyjności pruskiej szkoły absolutnie nie zauważają jak bardzo jak łamie prawa dorosłego człowieka i odziera z godności pracowników, szczególnie kobiety.
Piszę to z perspektywy prawie 30 lat pracy w oświacie, w dużym wojewódzkim mieście. Jeżeli gdzieś jest lepiej i nie dochodzi do takich sytuacji - to dobrze, nadzieja umiera ostatnia 🙂
Jeżeli uczeń nie pójdzie do toalety np. na lekcji, to aktywiści wrzeszczą, że łamane są prawa człowieka i odziera się go z godności (hejt na nauczycieli gotowy). 
Jeżeli nauczyciel wypuści go z sali do wc, a uczeń coś zrobi (sobie lub komuś, czemuś), to nauczyciel jest winny. Kolejna fala hejtu zalewa fora.
Nauczyciel natomiast nie może pójść do toalety wtedy, kiedy tego potrzebuje, bo bywa, że co przerwę ma dyżur, zdarza się że i przed pracą i po pracy. Uczący w klasach 1-3 są w jeszcze gorszej sytuacji. 
W mojej szkole (łącznie jest tysiąc osób) jest 15 wakatów, ale wszystko jakoś działa dzięki harującym na godzinach ponadwymiarowych. Poza tym nauczyciele wychodzą z uczniami w teren, na wycieczki czy chorują. Braki w liczbie personelu są więc jeszcze większe.  A ponieważ uczniowie są coraz wredniejsi, w polskim i rosyjskim znaczeniu tego słowa, to liczba osób zmuszonych do ich pilnowania wzrasta z roku na rok.
Nie ma więc kogo poprosić, żeby cię na dyżurze zastąpił. Musisz wytrzymać kilka godzin, choćby cię uczniowie pytali czemu masz takie wielkie oczy. Mój ojciec tak żartował, że to od pęcherza - nadmierne ciśnienie hydrostatyczne tak działa 😉
Przykład z mojego życia: 
Poniedziałek - mam dyżur o 7.45 przed lekcjami, zaczynam o 8.00.
Muszę być w pracy o 7.30, aby choć minimalnie przygotować salę przed dyżurem do lekcji i nie tracić potem czasu (włączyć co trzeba itp.). Jeżeli podwozi mnie mąż (dosłownie i w przenośni nie mogę żyć bez niego), to musimy wyjechać o najpóźniej o 7.00 Gdybym jechała MPK, to o 6.30 musiałabym już być na przystanku.
Matematyki nie oszukasz - pomiędzy 6.45 a 13.00 praktycznie nie mam możliwości skorzystania z toalety (non stop lekcje i dyżury). A jakbym jakimś cudem nie miała dyżuru, to uczę chemii i nikt za mnie w pracowni odczynników nie posprząta. Muszę to zrobić zanim wpuszczę do sali kolejną klasę. I dostaję "opr" od dyrektora 🤪
O skutkach zdrowotnych długotrwałego wstrzymywania oddania moczu, takich jak zapalenie cewki moczowej, zapalenie pęcherza moczowego, pęcherz neurogenny i inne dolegliwości, najlepiej wypowie się lekarz. Po dziesiątkach lat pracy w szkole czasem potrzebny jest już nefrolog i neurolog. Lekarz rodzinny załamuje ręce...
Osoby, które choć raz miały tego typu infekcję, dobrze wiedzą jak są one bolesne i uciążliwe. Skądś się przecież wzięło powiedzonko, że w szpitalu nauczycielkę poznają po pęcherzu (dowód anegdotyczny - mnie to też spotkało) ☺️
O zgrozo, nauczycielki są kobietami i mają menstruację. Naprawdę, co miesiąc! 
Ale z jej powodu tylko uczennica może się źle czuć i skorzystać z różowej skrzynki (zresztą świetna akcja) o ile jej koleżanki/koledzy nie wysypali wszystkiego z niej na podłogę lub nie zapchali toalety, co nagminnie czynią marnując tysiące .złotych.
Nauczycielka jest na dyżurze i nie może iść do toalety pomimo tego, że w zasadzie musi. W instrukcji użytkowania tamponów i podpasek jest wyraźnie napisane, że należy je zmieniać w zależności od intensywności krwawienia, co 3-4h, maksymalnie co 8 godzin (nocne).
Może jakiś ginekolog wytłumaczy tym "na górze" czym może skończyć się taki brak elementarnej higieny jak wymiana tamponu/podpaski na czas oraz niemożność skorzystania choćby z chusteczek do higieny intymnej. O podmyciu się to żadna nie śmiałaby nawet marzyć. Przypominanie w zapachu kiepskiego sklepu rybnego czy rzeźnika, za którym psy wyją, na pewno nie odziera dorosłej kobiety z godności 😜
Ale w reklamie mówią, że leki na infekcje intymne to sobie kobieta kupi bez recepty, w każdej aptece. To w czym problem? 😜
Dostajesz zaproszenia na mammografię, zachęcają do badań profilaktycznych, a tu o podstawową higienę nie ma jak zadbać...
Tak, mnie się to wielokrotnie zdarzyło, że poplamiłam krwią odzież i krzesło. Żaden z producentów nie przewidział tego, że trzeba wypuścić specjalną serię o wyższych parametrach chłonności itp.
Mój mąż przyjechał po mnie specjalnie kilka razy do pracy, bo jazda z krwawą plamą na spodniach czy sukience środkami masowego transportu w dobie instagrama i fb na pewno przysporzyłaby mi popularności 🤪
O trudności w usuwaniu plam po barwnych związkach kompleksowych i metaloorganicznych chemicy, producenci środków czyszczących, mordercy i śledczy mogliby tomy napisać. Ja dzięki temu mam nowe krzesło w pracowni - nawet karcher parowy się poddał. Jony żelaza - nie 😉
Średnia wieku nauczycieli oscyluje koło pięćdziesiątki. PESEL z zeszłego tysiąclecia kwalifikuje do menopauzy i andropauzy z wszystkimi ich atrakcjami. Do nich należą również inkontynencja (nietrzymanie moczu), która wg statystyk dotyka co trzecią kobietę po trzydziestce. Panom też się zdarza. Na szczęście z pomocą przychodzi nam chemia i specjalne wkładki, ale je też trzeba zmienić po "zdarzeniu". Strefę "zmoczoną" należałoby potraktować odpowiednio, bo inaczej grozi nam udowodnienie, że na stare lata się dziecinnieje i latanie z odparzonym pupskiem 😉
O tym, że jest to problem, niech świadczy to, że na wieść o tym eseju, koledzy poprosili, żeby o nich też wspomnieć, że przy problemach z prostatą bywa niewesoło, gdy do wc nie ma jak...
Uczeń na lekcji może pić i jeść do woli. Jak mu nauczyciel nie pozwoli, to łamie jego prawa i narusza godność. Nic to, że zdarza się, że uczeń żre zamiast jeść, parskając wszędzie okruchami i prychając kolorowym napojem na podręcznik czy zeszyt lub pracę z plastyki. I tak mu się 6 należy, bo cokolwiek raczył zrobić, a te plamy i okruchy to przejaw artystycznej kreatywności 🤪
Oczywiście przekierowanie krwi z mózgu do obciążonego trawieniem układu pokarmowego i strzał insulinowy po słodyczach świetnie pomaga w skupieniu się na lekcji.
Nauczyciel na przerwie ma dyżur, więc nic nie zje lub zje w biegu coś, co da się w ten sposób zjeść. Ma szczęście jak zdąży się teleportować i ręce przed jedzeniem umyć. O szkodliwości jedzenia byle czego, w pośpiechu lub śniadania rano, potem wiele godzin nic i nadrabianie 
 "zaległości" wieczorem wiedzą lekarze, a zwłaszcza dietetycy i ich pacjenci. O tym, że takie coś jest zabójcze dla ludzi ze stanem przedcukrzycowym czy cukrzycą - również.
Nic to rodzicom i uczniom, że Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej promuje zupełnie inne nawyki żywieniowe i zaleca regularne posiłki o stałych porach. Zgodnie z tym mamy w szkole przerwę śniadaniową i obiadową (20 minut każda) w odstępie 3h (pozostałe maja 10 minut). Ale uczniowie muszą jeść byle jak i byle co i byle kiedy. a przy tym rodzice żądają lekcji o zdrowym żywieniu 🤦🏻‍♀️😁
Uczeń ma prawo do wszelkich dostosowań na lekcjach i na egzaminie ósmoklasisty związanych z jego chorobami. Ale nauczyciel już nie.
Pytałam lekarzy medycyny pracy - jeżeli cię dopuścili do pracy w szkole, to nikogo nie obchodzi twoje zdrowie. Nawet jakbym przyniosła zaświadczenia lekarskie, że "coś tam", to jedynie dobra wola pracodawcy może sprawić, że weźmie to pod uwagę.
Dochodzi więc do takich kuriozalnych sytuacji, że uczeń z cukrzycą może kontrolować podczas egzaminu stężenie glukozy we krwi, zjeść posiłek czy napić się. Nauczyciel pracujący przy tym egzaminie w komisji egzaminacyjnej i chory na cukrzycę może się jedynie napić wody. Nikogo nie obchodzi to, że uczniowie z dostosowaniami mają często wydłużony czas pracy i egzamin trwa kilka godzin. 
Uczeń mający o połowę mniejszą wadę wzroku niż ja miał wszelkie dostosowania. Jakimż chichotem losu było to, że to ja musiałam pisać ślęcząc nad stronicami papierów i opisując co powinnam zrobić, by jemu było lepiej, bo niedowidzi... 
Kto by się tam pracownikiem przejmował 😜
I żeby mnie ktoś źle nie zrozumiał - nie kwestionuję konieczności i potrzeby indywidualizacji pracy z uczniem, dostosowań form i metod pracy, by jego edukacja była efektywna i mógł się rozwijać. 
Nie kwestionuję tego, że są w szkołach, jak w każdym zawodzie, ludzie, którzy się do tego po prostu nie nadają ani tego, że w wielu szkołach źle się dzieje, z krzywdą dla dzieci i młodzieży. 
Ale ta cała sytuacja z walką o prawa ucznia za pomocą niszczenia nauczycieli coraz bardziej przypomina krainę MBM (MontyPython-Bareja-Mrożek) z Beksińskim w tle.
Jeżeli ktoś ma pojęcie o ekonomii, to zda sobie sprawę jakie koszty ludzkie i gospodarcze generuje to, co się wyprawia w oświacie. System ochrony zdrowia, który też ledwo zipie, jest jeszcze bardziej obciążony, bo tak traktowani pracownicy chorują częściej i dłużej, a często i poważniej. Nauczyciele masowo odchodzą ze szkół. Instynkt samozachowawczy każe im się ratować i zgodnie z radami internetowych "specuff" zmieniają zawód/pracę.  
Według władz i niektórych rodziców oraz uczniów nauczyciel nie jest człowiekiem, nie ma potrzeb fizjologicznych, nie ma praw do ich zaspokojenia. Ma zaspokajać zachcianki i potrzeby innych.
Współczuję bardzo wszystkim, którzy mają równie szkodliwe warunki pracy - vide casus pań na kasie w pampersach.
Jeden z rodziców nazwał mnie lewacką influencerką. Nie wiem co dokładnie miał na myśli, ale jeżeli upominając się o prawa człowieka, o prawa kobiet, jestem "lewacka", to trudno 
A jeżeli jestem choć w promilu promila tak influencerska jak reprezentanci tego zawodu, którzy jak Jarosław Pytlak świecą przykładem zdrowego rozsądku i równowagi w tym chaosie, to niech mnie usłyszą ci, którzy chcą i mogą coś zrobić.
Od ludzi przemęczonych, nie wiedzących już czy trzymać mocz czy kredę, bywa że starszych i schorowanych, społeczeństwo oczekuje profesjonalizmu, empatii i wszelkich "izmacji" za płacę zbliżoną do pensji minimalnej. 
Seriously? Nie wiedzą, że jak Polak głodny i niewyspany, to zły? 🤪
Obserwując swój organizm zauważyłam, że jak jestem niewyspana/zmęczona to tracę cierpliwość i łatwiej się irytuję, jeżeli długo nie zjem, to czuję się osłabiona i spada mi nastrój aż do depresyjnego. A jeżeli podobnie reagują organizmy pozostałych nauczycieli? Badania naukowe (jak znajdę, to podrzucę link) wykazały, że w opisanych przeze mnie warunkach ludzie tracą zdolność do odczuwania empatii. Biologii też  nie oszukasz!

04 listopada 2023

Jeden dzień z życia chemika, czyli dlaczego powinnam mieć maksymalnie 18h lekcji/tydzień



 List Polskie Stowarzyszenie Nauczycieli Przedmiotów Przyrodniczych, o którym pisałam wczoraj wywołał wielkie poruszenie wśród nauczycieli.

Poziom dyskusji oraz święte oburzenie niektórych polonistów, zwłaszcza nauczycieli-celebrytów (z jednym się ścięłam), pokazuje jak wielkim problemem polskiej oświaty jest lekceważenie na każdym poziomie i pod każdym względem nauk ścisłych oraz zajmujących się nimi nauczycieli.
Jako argument o sensowności postulatów zapisanych we wspomnianym przeze mnie liście opiszę wczorajszy dzień - piątek 3 listopada br. (pozostałe dni wyglądają podobnie).
🔵 Jeden dzień z życia nauczycielki chemii 🔵
Choć w piątki według planu zajęć prowadzę "tylko" trzy lekcje, przepracowałam solidnie czas 7.30 - 16.00
Sceptyk zapyta - co można tyle czasu robić? 😯
Najpierw trzeba zabrać klucze do pracowni i przybory, przebrać się i zrobić sobie coś do picia. Koniecznie w kubku termicznym, jeżeli ktoś marzy choć o łyku ciepłego napoju.
Po rozpoczęciu zajęć absolutnie nie ma na to czasu.
Od 8.00 do 9.35 trzeba przygować przed zajęciami wystarczającą liczbę naczyń i sprzętu laboratoryjnego, odpowiednie ilości danych odczynników konkretnie dla poszczególnych klas, karty pracy dla uczniów oraz sprzęt komputerowy i rzutnik oraz tablicę multimedialną. To nie są urządzenia, które mają czas reakcji samochodu F1. Zanim się system załaduje, człowiek zaloguje, Librus oraz Teams uruchomi, ustawi odpowiednie strony www np. z Kahootem, rzutnik odpali i tablicę multimedialną to naprawdę potrafi minimum kwadrans minąć.
Lubię korzystać ze zdobyczy techniki, stosuję TIK w nauczaniu, więc jeszcze idę do kolegi wypożyczyć tablety dla uczniów (nie każdy musi mieć smartfon, a się często przydają).
Nie mogę tego zrobić na przerwach - są za krotkie na tyle roboty, poza tym mam dyżury (zwłaszcza na tych 20-minutowych).
Tego dnia miałam zajęcia laboratoryjne będące przypomnieniem właściwości kwasów - w klasie ósmej. Cztery kwasy stanęły do bitwy zmagając się z metalami o różnej aktywności, papierem, sacharozą, próbkami drewna i nabiału.
Potem podsumowanie działu w klasie siódmej - "duch w słoiku 👻", czyli sposoby rozdzielania mieszanin.
Kolejna lekcja to badanie różnic pomiędzy przemianą fizyczną, a reakcją chemiczną oraz przypomnienie umiejętności obserwacji życia codziennego.
Oczywiście wszystko metodą IBSE, zgodnie z napisanym przeze mnie i Olę podręcznikiem.
I tak minął czas pomiędzy 9.45 a 12.50
Nie robię sprawdzianów w typowej formie - uczniowie wykazują nabytą wiedzę i umiejętności w formie zajęć laboratoryjnych prowadząc badania i opisując je, zgodnie z metodą naukową, na karcie pracy. Te karty trzeba sprawdzić i napisać komentarz, aby uczeń wiedział, co robi dobrze, a gdzie popełnił błąd i powinien popracować. Jeżeli ktoś widział jaki charakter pisma mają obecnie uczniowie i jakim dramatem jest ich znajomość zasad pisowni języka ojczystego, to rozumie, że zajmuje to kilka godzin.
Po zajęciach trzeba oczywiście umyć naczynia, pochować odczynniki zgodnie z przepisami, schować do szaf naczynia, które zdążyły wyschnąć. Pracownia, która była zwykłą salą, nie ma zaplecza - nie można nic odłożyć "na później". Zresztą nie ma takiej ilości sprzętu, by można było sobie na to pozwolić.
A ze względu na kontakt z różnymi substancjami chemicznymi nie zostawia się tego paniom sprzątającym. To wszystko musi zrobić nauczyciel chemii. Mnie trochę ratuje zmywarka, którą w zeszłym roku dostałam od Rady rodziców na mikołajki.
W poniedziałek mam pod rząd trzy lekcje z klasami siódmymi. Ponieważ zaczynam o 8.00, to potrzebne rzeczy trzeba przygotować w piątek. Po 13 zabieram się do roboty. Najpierw trzeba ustawić stoły i krzesła. Tradycyjny układ się nie sprawdza w tym przypadku. Potem ruszam szykować sprzęt.
To muszą być trzy zestawy - jeden na stołach, a dwa na bocznym stole pod ścianą. Nie zdążę przecież nic przygotować na przerwach, bo mam dyżury. A kiedy sprzątnąć i wymienić naczynia na czyste po zajęciach, żeby móc pracować z kolejną klasą? Może trafią się znów uczniowie, którzy pomogą...
Klasy są zbyt duże, średnio 25 uczniów, więc zaplanowałam czteroosobowe grupy. To i tak oznacza uszykowanie 36 probówek, 72 naczyń na roztwory, 24 pipet Pasteura, 24 podkładek oraz równie sporej ilości naważek badanych substancji.
Skąd biorę sprzęt i odczynniki?
Tym też musi się zająć nauczyciel.
Część kupiłam z grantu na pracownię, część sfinansowano z budżetu obywatelskiego oraz Rady rodziców.
Znakomita jednak większość to #zerowaste 🙂
Rolę naczyń laboratoryjnych przejęły szklane opakowania po deserach z "owadziego" sklepu, z tworzyw sztucznych są dozowniki po kroplach do oczu czy pojemniki po lekach. Odpowiednio oczyszczone świetnie się sprawdzają na zajęciach - to daje im drugie życie chroniąc środowisko 🍀
I tak minął mój dzień - kolejny, zwykły dzień chemika pracującego w szkole podstawowej.
Wyszłam kwadrans po 16. Ciśnienie hydrostatyczne pewnego płynu ustrojowego dało znać o sobie - fizyki i biologii nie oszukasz, choć wielu się wydaje, że nauczyciele nie mają potrzeb fizjologicznych 😜
A według niektórych mediów i internetowych specjalistów udowadniających efekt Dunninga- Krugera nauczyciel pracuje tylko 18h na tydzień 😜

📷 Pracownia chemiczna w piątek przygotowana na poniedziałek, bo zajęcia zaczynam o 8.00

14 lutego 2021

Chemia miłości

 

Co to jest zakochanie?

To pytanie nurtuje nie tylko filozofów i artystów, ale również naukowców, którzy analizę miłości postanowili jednak zacząć nie od serca, a od mózgu. Okazuje się bowiem, że to właśnie tam zachodzą procesy, które są tak bardzo charakterystyczne dla stanu zakochania.
Z naukowego punktu widzenia za stan zakochania w dużej mierze odpowiada mieszanka związków chemicznych i neuroprzekaźników, które przewodzą sygnały pomiędzy neuronami. Sprawiają one, że w człowieku rodzą się emocje. Jak jednak zaznacza psychiatra Renata Bobińska, pomimo powszechnie przyjętej opinii, zakochanie nie jest uczuciem.

– Pojęć: „emocja” i „uczucie” w literaturze i w języku potocznym używa się̨ zamiennie, naukowcy jednak podkreślają ich różne znaczenie – mówi ekspertka. Emocja to stan duszy, umysłu i ciała, który jest szybką reakcją na zdarzenia życiowe, a także na innych ludzi. Dotyczy stanów bardziej pierwotnych, służąc do oceny danego zjawiska czy jest zagrożeniem lub przyjemnością. Emocją będzie np. radość, strach lub gniew. Często towarzyszą jej lub następują̨ po niej zmiany somatyczne, ekspresyjne, mimiczne i pantomimiczne oraz reakcje o charakterze behawioralnym.

– Uczucie natomiast jest stanem bardziej złożonym, to procesy psychiczne odzwierciedlające względnie stały stosunek człowieka do pewnych przedmiotów, osób czy sytuacji. Oznacza ono zdawanie sobie sprawy z przeżyć emocjonalnych. Uczucie rodzi się̨ w człowieku, jest wszechobecne. Może nim być: altruizm, lojalność czy właśnie miłość. Innymi słowy można powiedzieć, iż emocje przystosowują nas do przeżycia, a uczucia są związane z przystosowaniem człowieka do życia wśród innych ludzi i w kulturze.

Między nimi jest chemia

Tak się czasami mówi patrząc na dwie osoby, których mowa ciała zdradza, że „mają się ku sobie”. I jest w tym powiedzeniu sporo prawdy. Miłość, w sensie romantycznej relacji między dwoma osobami, składa się z trzech stadiów. Czy zaczyna się od pierwszego wejrzenia? To raczej mit. Zakochanie może zacząć się od odczuć zapachowych. Receptory węchowe odbierają feromony wydzielane przez drugą osobę. Ich działanie u człowieka nie jest jeszcze wyczerpująco zbadane przez naukę. Pod wpływem wrażeń wzrokowych (lub dotykowych) mózg wydziela różne substancje, z których najważniejszą jest fenyloetyloamina (PEA). Związkami chemicznymi wydzielanymi na tym etapie są hormony płciowe (testosteron i estrogen). Dla niektórych ludzi ta faza związku jest na tyle pożądana i satysfakcjonująca, że nie potrafią nawiązać z partnerem więzi będącej drugim etapem miłosnej drogi.

Potem zaczynają się tzw. „motyle w brzuchu”, czyli faza huśtawki emocjonalnej. Stan zakochania związany jest z nadmiernym wydzielaniem się w mózgu monoamin: dopaminy, noradrenaliny oraz niedoborem tamże serotoniny. Ludzie skarżą się na brak koncentracji, trudności w zasypianiu, kołatanie serca, podwyższone ciśnienie, drżenie i pocenie rąk. W przypadku odrzucenia może ponadto dojść do depresji, zaburzeń maniakalno-depresyjnych czy nawet samobójstwa. Objawy te podobne są do tych, które towarzyszom ludziom cierpiącym na zaburzenia psychiczne. Nie bez powodu św. Walenty jest więc patronem nie tylko zakochanych, ale także osób z problemami psychiatrycznymi.

 

Jeżeli szczęśliwie uda się przebrnąć przez ten okres, można zacząć fazę przywiązania. Pomocne są w tym również hormony. Oksytocyna to „hormon przytulania”. Mężczyźni i kobiety wytwarzają go, kiedy dotykają się i obejmują. Wazopresynę nazywa się czasem „hormonem monogamii”. Jego niski poziom może sprawiać, że mężczyźni rezygnują ze związku i szukają nowych partnerek. Poczucie przywiązania, bezpieczeństwa i stabilizacji w związku dają również wytwarzane przez nasz organizm tzw. hormony szczęścia – endorfiny. Podobnie jak spokrewniona z nimi morfina przynoszą dwojgu ludziom spokój, optymizm, poczucie ciepła i harmonii. Pomagają wytrwać w pogodnym związku aż do śmierci. Deficyt endorfin może spowodować, że para zakończy związek znudzona seksem, rozczarowana partnerem bądź żądna przeżywania nowych emocji.

Jest ślepa i ma różowe okulary

W wyjaśnieniu powiedzenia, że „miłość jest ślepa” pomogły badania przeprowadzone na grupie ochotników przy pomocy czynnościowego MRI. Okazało się, że kiedy się zakochujemy, kora czołowa, czyli część mózgu odpowiedzialna m.in. za logiczne myślenie, za planowanie działań, rozważanie ich konsekwencji, a także kontrolę nad gwałtownymi emocjami, jest nieaktywna. Inne badania wykazują z kolei, że stan zakochania „wyłącza” te obszary w mózgu, które kontrolują strach i inne negatywne emocje. To wydaje się być przyczyną, dlaczego wobec ukochanej osoby jesteśmy mniej surowi i krytyczni, znikają wątpliwości i obawy. Zakochanie– odwieczne natchnienie poetów – jest tylko grą hormonów. Stan zakochania wywołują substancje chemiczne, które działają na mózg jak narkotyk. Dlatego dużo prawdy jest w starym powiedzeniu, że gdy budzi się miłość, zasypia rozum, a patrząc na osobę, w której jesteśmy zakochani, zakładamy różowe okulary. Co się wówczas dzieje?

Podwzgórze zaczyna wydzielać fenyloetyloaminę (PEA), będącą neuroprzekaźnikiem. Jej podwyższone stężenie w mózgu z jednej strony objawia się stanami nieuzasadnionej radości, pewnością siebie, podnieceniem czy nadmierną aktywnością na przemian z brakiem koncentracji. Wystarczy spojrzenie osoby, w której się kochasz, dotyk, a nawet sama myśl o obiekcie uczuć, a już dostajesz nową "działkę" narkotyku. To dzięki temu możesz nie zmrużyć oka przez całą noc, a następnego dnia nie czujesz zmęczenia, nawet masz więcej sił witalnych niż zwykle. Z drugiej strony ten hormon powoduje bezsenność, zaburzenia łaknienia, brak tchu czy stany niepokoju i depresji. Tak często czują się narkomani – fenyloetyloamina jest substancją należącą do grupy amfetamin. Nic więc dziwnego, że potocznie nazywana jest „narkotykiem miłości”. Wzrost poziomu PEA pociąga za sobą kolejne zmiany. Zwiększa się wydzielanie noradrenaliny – hormonu, zwanego „substancją miłości”. Działa on podobnie do adrenaliny – na widok ukochanej osoby podwyższa nam się ciśnienie, przyśpiesza bicie serca, rośnie poziom glukozy we krwi i zmniejsza się apetyt. Pokrywamy się rumieńcem i stajemy się wrażliwi na dotyk.

W miarę jak rośnie poziom noradrenaliny, zaczyna uwalniać się kolejny związek - „hormon szczęścia”, czyli dopamina. Kompletnie opanowuje ona resztę zmysłów i ciała. Odpowiada za procesy chemiczne zachodzące w mózgu, które kontrolują ruch i aktywność ciała oraz zdolność odczuwania przyjemności. Dopaminę znamy z codzienności, bo jej poziom gwałtownie wzrasta gdy zachwycimy się nowym gadżetem, efektowną sukienką czy nieodpakowanym jeszcze prezentem. Jest bezpośrednio związana z układem nagrody, czyli układem odpowiedzialnym za rozwój uzależnień. To właśnie ona popycha nas do szukania sytuacji i miejsc, które zapewniają nam kontakt z daną substancją uzależniającą, a tym samym wywołują uczucie przyjemności i zadowolenia, więc chcemy stale spotykać się z ukochaną osobą, wspólnie spędzać czas. Jest współodpowiedzialna za to, że zakochujemy się "na śmierć i życie". Wyrzut dopaminy powoduje podobne stany euforyczne jak po zażyciu kokainy i czyni z nas osoby bezkrytyczne wobec tych, w których się zakochujemy. Substancja ta wpływa również na utratę apetytu czy strach przed utratą ukochanej osoby.
Drugą cząsteczką w tym duecie jest serotonina. Gdy poziom dopaminy rośnie, jednocześnie gwałtownie spada ilość serotoniny odpowiedzialnej m.in. za zdrowy sen i poczucie spokoju. Spadek stężenia serotoniny powoduje rozdrażnienie, brak koncentracji, bezsenność, obsesyjne myśli oraz stany depresyjne. Zakochana osoba robi się zdezorientowana i popada w skrajne nastroje, np. jednocześnie nie mogąc się doczekać kolejnego spotkania ze swoją „drugą połówką” potrafi się z nią pokłócić o błahostkę i z niego zrezygnować.

Mamy więc fenyloetyloaminę (PEA), noradrenalinę, dopaminę i serotoninę –neuroprzekaźniki sprawiające, że dosłownie szalejemy. Najważniejsza z nich jest ta pierwsza, bo kontroluje pozostałe. Zakochanie jest stanem podobnym do uzależnienia od narkotyków. Aby osiągnąć stan euforyczny potrzebujemy coraz większych stężeń tego hormonu. Stąd nieodparta chęć przebywania częściej i dłużej z osobą, która niejako jest przyczyną jej produkcji. Niestety, na działanie fenyloetyloaminy organizm się uodparnia. A jego możliwości produkcyjne nie są nieograniczone. Z badań wynika, że zwykle pomiędzy 18 a 48 miesiącem (4 rokiem) związku, cały szalejący pomiędzy zakochanymi ogień powoli się wypala i przygasa. Najczęściej właśnie po tym okresie pary się rozstają, jeżeli nie wytworzyły w tym czasie więzi uczuciowych ani nie dbały o rozwój związku.
Na szczęście, nie jest to reguła. Na skutek działania dopaminy, przez cały czas nasz organizm wytwarza oksytocynę i wazopresynę. Oba polipeptydy zbudowane są z dziewięciu aminokwasów, z których siedem jest identycznych. Pomimo chemicznego podobieństwa związki te mają inne działanie. U kobiet jest więcej receptorów oksytocyny, która łagodzi stres i ból oraz ma działanie uspokajające i relaksacyjne. Jej zadaniem jest wywołanie skurczów macicy podczas porodu, pobudzenie instynktu macierzyńskiego u matek nowo narodzonych dzieci czy wspomaganie laktacji. Wydzielana jest także w czasie pocałunków, pieszczot oraz w czasie kobiecego orgazmu. U mężczyzn góruje wazopresyna, uwalniana za sprawą testosteronu i działająca podobnie jak adrenalina. Wazopresyna wytwarzana jest w chwilach stresowych. Przygotowuje ludzki organizm do walki lub ucieczki, a być może również do stosunku seksualnego.
Podwyższenie poziomu tych obu hormonów wywołuje uczucie odprężenia, spokoju, poczucia więzi i wzajemnej akceptacji. Można zatem podsumować, że o ile fenyloetyloamina to początek, o tyle oksytocyna i wazopresyna warunkują trwanie miłości. Dzięki ich obecności możliwy jest rozkwit dojrzałego uczucia pomiędzy partnerami. Ono też ma swoje składniki.

Składniki dojrzałej miłości

Czy warto więc zazdrościć zakochanym? Może raczej należałoby im współczuć i pomóc, aby w tym stanie nie podejmowali decyzji. Nie powinno się decydować, zwłaszcza o ważnych sprawach, pod wpływem hormonów i emocji. Bądźmy więc wyrozumiali i pomocni dla zakochanych, zwłaszcza dla młodzieży, by ten burzliwy okres przeszli bez szkód na zdrowiu i majątku. A potem, jako dorośli, potrafili stworzyć trwałe i szczęśliwe związki. To bardzo ważna rzecz, bo tak jak uczymy się czytać i pisać, musimy uczyć się kochać - uczymy się miłości. Ważne jest też budowanie - budowanie relacji i ciągłe dbanie o jej składniki. Oto one:

1. Chemia „fizyczna”

Kiedy ty i twój partner nie możecie oderwać od siebie rąk, sytuację tę określa się jako pociąg fizyczny. Chcecie być blisko i spędzacie razem dużo czasu, zazwyczaj intymnie. Patrząc mu w oczy, wiesz, że twój partner cię pragnie i cieszy się fizyczną bliskością, którą z nim dzielisz. Trudno jest mieć doskonałą chemię „fizyczną” bez emocji lub troski o partnera. Może ona wydawać się jedynie pociągiem seksualnym, ale jest także oznaką więzi romantycznej. Wzajemne zaufanie jest ważne dla chemii „fizycznej”.

2. Emocje

Twój partner czuje się wspierany emocjonalnie, podobnie jak ty, gdy wytworzy się między wami więź emocjonalna. Upewnij się, że pracujesz nad swoim związkiem, aby budować w sobie pozytywne emocje. Pomagasz radzić sobie z negatywnymi emocjami rozpoznając je u swojego partnera i prosząc go, aby porozmawiał z tobą o swoich odczuciach. Kiedy partnerzy mogą wyczuć nawzajem swoje stany emocjonalne, to dobry znak - mają w sobie składnik romantycznej chemii. Badacze, którzy przyjrzeli się związkom, twierdzą, że:

„Osoby, które lepiej rozumieją emocje innych w połączeniu z wglądem we własne emocje, mogą wchodzić w bardziej zgodne relacje z partnerami. Kompetencje emocjonalne mogą zwiększać prawdopodobieństwo, że osoby z tymi kompetencjami nawiążą przyjemne i wzajemnie satysfakcjonujące relacje ze względu na ich zdolność do rozumienia własnych emocji i zarządzania nimi oraz ich zdolności do postrzegania, rozumienia i pomagania w regulowaniu emocji partnera. Jeśli inteligencja emocjonalna przyczynia się do lepszych interakcji między partnerami, szkolenie par w zakresie umiejętności emocjonalnych może pomóc poprawić relacje. Niedawne badania wykazały, że dzięki treningowi można zwiększyć stan inteligencji emocjonalnej ”.

3. Porozumienie duchowe

Pary odnajdują się dzięki podobnym przekonaniom np. dotyczącym zmian klimatycznych, diety wegetariańskiej, szacunku dla życia lub innych silnych przekonaniach, które niekoniecznie opierają się na poglądach religijnych jako ich podstawach. Niektóre związki przeżywały kryzys, gdy jeden z partnerów bardzo głęboko wyznawał pewne poglądy i chciał, aby ich partner „nawrócił się” i wyznawał te same przekonania co on. Przeciwieństwa podobno się przyciągają, ale ma to sens wówczas, gdy chodzi o fizykę.

4. Więzi intelektualne

Zgodność twojej inteligencji z poziomem inteligencji partnera jest ostatnim elementem, który tworzy romantyczną chemię. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że ty i twój partner macie różne poziomy wykształcenia lub poziomy inteligencji. Jeżeli pod innymi względami jesteście zgodni, to macie szansę stworzyć udany związek.

Podsumowanie

Łatwo się zakochać, wystarczy, że zadziałają hormony. Trudniej zatrzymać miłość na lata
i sprawić, żeby chemia przetrwała. Człowiek potrzebuje również akceptacji, zrozumienia, poczucia bezpieczeństwa, czego żadne chemiczne substancje nie są w stanie zapewnić, a stan „kochania i bycia kochanym” wymaga od człowieka wiele wysiłku oraz wiedzy.

Bibliografia

Centrum Nauki Kopernik „Jak działa miłość? Obalamy mity - to czysta chemia”

Marek Jurgowiak, katedra Biochemii Klinicznej Collegium Medicum w Bydgoszczy, „Biochemik o zakochaniu” dla rmf24.pl

Renata Bobińska „Zakochany mózg -biochemiczne właściwości-miłości” dla EverethNews

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4327739/

https://www.sciencealert.com/scientists-can-now-tell-if-you-re-in-love-by-scanning-your-brain

02 lutego 2020

Początek - dlaczego akurat dzisiaj?



Do założenia bloga zabieram się od kilku lat. 
Nie wystarczało mi dotąd czasu ani odwagi, ale od czego są przyjaciele. 
To oni naładowali mi akumulatory i namówili, by pisać.
Datę wybrał nieoceniony Mirek Dworniczak, który zwrócił mi uwagę na to, ze jest wyjątkowa.
Ta niedziela to nie tylko popularny Dzień Świstaka, ale i dzień palindromiczny. Dlaczego?
Bo data jest zapisywana tak samo do przodu i do tyłu.
Ten palindrom jest uniwersalny. Na całym świecie data wygląda tak samo bez względu na to, w jakim formacie ją zapiszemy (dzień/miesiąc/rok czy rok/miesiąc/dzień).
Poprzedni taki ośmiocyfrowy palindrom miał miejsce 909 lat temu.
Było to 11 listopada 1111 roku.
Na następne będzie trzeba długo poczekać - do 12 grudnia 2121 oraz 3 marca 3030.

Szkoła a media

  Moim zdaniem mało kto zdaje sobie sprawę jak ogromne spustoszenie w edukacji zrobiły media i kreowany przez nie negatywny obraz szkoły. Ma...