Facebook mi przypomniał, że dziś mija pierwsza rocznica uzyskania przeze mnie wątpliwej wartości tytułu nauczyciela dyplomowanego.
Awans ten uzyskałam się po trzyletnim wykonywaniu "cudawianków" znacznie wykraczających poza zakres obowiązków, napisaniu sprawozdania z całości działań, szczegółowego opisu dwóch z nich oraz egzaminu przed komisją. Stanęłam do niego po ponad dwudziestu latach od uzyskania stopnia nauczyciela mianowanego. Zrobiłam to tylko ze względu na obietnicę daną kiedyś dyrektorowi i jego emerytalne argumenty. Jako człowiek z peselem z zeszłego tysiąclecia, zwykłam ich dotrzymywać 
Tego nie ma chyba w żadnym zawodzie i w żadnym zakładzie pracy czy korporacji, żeby dla awansu robić rzeczy tak wykraczające poza zakres obowiązków. Jeżeli pracujesz dobrze, masz kwalifikacje i umiejętności oraz masz normalnych szefów, którzy to widzą i doceniają, to po prostu awansujesz i zarabiasz odpowiednio lepiej.
Znajomi twierdzili, że przy moich osiągnięciach i tym, co uzyskali uczniowie pod moim kierunkiem, awans już dawno miałabym w kieszeni, podobnie jak miałyby go tysiące oddanych pracy z dziećmi i młodzieżą osób.
Państwo wycenia moją pracę, doświadczenie, umiejętności, osiągnięcia, kwalifikacje i inne "izmacje" raptem na 4550 zł brutto, co netto daje oszałamiającą wręcz kwotę. Nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Najlepiej rzucić to wszystko i ruszyć w Bieszczady 
Uczyć będzie mgr Wakat i prof. Absencja 
A tak w ogóle, to rozporządzenia o procedurze awansu zmieniają się tak często, że prawie nikt za tym nie nadąża. Można tylko współczuć dyrektorom, którzy mają pracowników na ścieżce awansu, a każdy z nich idzie inną. Biada mu, gdy popełni błąd w obliczeniu długości stażu lub w dokumentach, kiedy jeden nauczyciel zaczął procedury przed zmianami, a drugi po słynnej likwidacji nauczycieli kontraktowych i opiekunów stażu. Teraz zamiast nich są mentorzy, którzy czasem niewiele mają wspólnego z tym, co to słowo oznacza. Zresztą za bycie mentorem dostaje się tak żałosną kwotę, że nawet na kawę z podopiecznym rzeczonego nie stać.
Jedyni, którzy mają z tego bałaganu niezły dochód, to ci, którzy żerują na tym, że prawo oświatowe jest tak mgliste jak dzisiejszy poranek i prowadzą warsztaty, webinary i inne czary-mary o tej tematyce. Trafiają się również tacy, którzy ogarnęli o co chodzi w tym chaosie i pro publico bono objaśniają go pozostałym współcierpiącym. Myślę, że należy im się uznanie 
Przepisy oświatowe są jak SARS-Cov2 - mutują tak szybko, ze trudno za nimi nadążyć. Absurd goni absurd coraz bardziej.
Cała procedura awansu nauczycieli to kolejny dowód na to, że szkoła jest januszexem 

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz